mam 43 lata
dwa dwudziestoletnie auta o łącznej pojemności silnika dwóch litrów
czworo dzieci, w tym dwoje biologicznie moich
jeden rozwód
jednej córki nie widziałem od 10 lat, nie wiem jak wygląda, nie wiem o niej nic czego nie umieszczą w e-dzienniku
była żona mnie nienawidzi, aktualna chyba również
rodzeństwo nie odzywa się do mnie nawet w wigilię
nikt z rodziny nie utrzymuje ze mną kontaktu od wielu lat, poza ojcem, który tylko mnie opierdala i poucza tak jakbym wciąż miał 12 wiosen (może tyle właśnie mam)
ilość kolegów i koleżanek z którymi utrzymywałem jakikolwiek relacje przez ostatnie kilkanaście lat - zero
przyjaciół zero
kończę pracę codziennie o 21 lub 22, wracam do domu aby posprzątać i usłyszeć serię poleceń i zarzutów
przez ostatnie kilkanaście lat miałem kilkanaście "wolnych" weekendów i ani jednego urlopu dłuższego niż 10 dni w ciągu roku
ilość wyjazdów w życiu na wakacje typu choćby najtańsze last minute - zero
mam firmę, w mojej branży jest to najmniejsza i najsłabiej wyposażona tego typu działalność w mieście.
seks - zero
ludzi do których chcę zadzwonić - zero
ilość telefonów od kogokolwiek, kto zadzwonił w ostatnich latach i zapytał po prostu co słychać - zero
w zasadzie w domu nie mam nawet gdzie spać
ukrywam przed wszystkimi, gdy robię czasami coś dla siebie - po kryjomu uczę się pewnego języka na kiblu i w aucie. czasami jak nikt nie widzi i nikogo nie ma w domu, pójdę 15 minut pobiegać. to są sprawy tak absurdalne i zbędne, że mogłyby zostać wzięte za niemały sabotaż wymierzony w funkcjonowanie domu i rodziny. marnuję przecież czas.
mam cztery koty, choć chciałem mieć psa. jestem na stałe oddelegowany do sprzątania ich odchodów.
miesięcznie na utrzymanie rodzinnego stada wydaję kilkanaście tysięcy złotych - głównie na bezsensowne zajęcia dodatkowe, może tekstyliów, gadżetów i fast foodów. Sam pozwalam sobie tylko na czarne gładkie koszulki, dwie pary spodni, buty poniżej 100 PLN i co roku nową parę słuchawek z bardzo dolnej półki. Kurtki, bluzy, czapki daje mi żona - to takie gifty, które rozdaje w pracy klientom hurtowni. Mam więc zwykle na sobie czapkę z logiem producenta dżemów, ale z daleka nawet fajnie wygląda. Poza kilkudziesięcioma książkami, które też czytuję ukradkiem jak wszyscy śpią, nie kupiłem sobie dla przyjemności absolutnie nic od czasów katastrofy smoleńskiej, albo i dłużej. No, ok, 15 lat temu ostatnio jakąś mini wieżę Denona, która teraz gnije na strychu bo w tej wielkiej chałupie nie ma na nią przecież miejsca. Ale jest miejsce na akwarium dla patyczaków, na fotel do masażu, na regały wypełnione gadżetami, na instrumenty muzyczne, na których nikt nie potrafi grać mimo lat opłacanych ćwiczeń, może książek do korepetycji dla pociech, które trzeba będzie przepchnąć gdzieś dalej. Hulajnogi, ekspresy do kawy, termomisy, 5 odkurzaczy, VRy, konsole, laptopy, tablety, projektory, telewizory. Mamy wszystko. Przytargano tu ogrom rzeczy, które nie są moje, których nigdy bym nie kupił, jest tu cały świat, który żyje mino mnie i obok mnie. Ten świat potrzebuje głównie moich pieniędzy, choć nawet tego nikt tu sobie specjalnie nie uświadamia. Najmłodsza córeczka chyba mnie jeszcze trochę kocha i to jest największa radość dla mnie, dla której warto to wszystko ponieść jeszcze ze 20 lat. Czy ona również niebawem zamilknie jak każdy kto mnie spotkał na swej drodze? Odpowiedź chyba znam.
Napisałem to wszystko, bo chciałem poczuć smutek, żel, rozgoryczenie. Nie poczułem nic.
Ostatnio na Temu kupiłem sobie różaniec za 5 PLN. I odmawiam go podczas drogi do pracy, nie myśląc już o tym, że Boga pewno nie ma. Ukrywam go od roku za pazuchą i lubię dotykać po kryjomu, w kieszeni, gdy wokół oni wszyscy są.
Nie mogę znaleźć siebie, choć jestem sam.
Pozdro, dla wszystkich którzy tu byli w czasach, gdy z linii montażowej nie zeszły jeszcze moje auta.