Zmarnowałem je powoli, bez huku i bez fanfar. Krok po kroku, dzień po dniu, jak się marnuje chleb rzucony w kąt,nie od razu śmierdzi, najpierw tylko twardnieje. Patrzyłem, jak czas przecieka mi przez palce, a ja nawet nie zaciskałem dłoni. Mówiłem sobie: jutro, jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś. Jutro urosło do rozmiarów bożka, a dziś zdechło mi pod nogami.
Zmarnowałem życie na czekanie: aż ktoś przyjdzie, aż coś się wydarzy, aż ból sam minie. Na nadzieje, które były jak chore psy wierne, ale dawno powinny być uśpione. Na strach, który udawał rozsądek, i na rozsądek, który był tylko tchórzostwem.
Oddałem swoje lata ludziom, którym było wszystko jedno, i sprawom, które nie miały duszy. Milczałem, kiedy trzeba było krzyczeć, i krzyczałem, kiedy już nikt nie słuchał. Zamiast żyć analizowałem. Zamiast kochać rozkładałem uczucia na części pierwsze jak zwłoki na stole sekcyjnym.
Zmarnowałem życie, bo uwierzyłem, że jestem za słaby, za późny, za bardzo popsuty. Nosiłem w sobie żałobę po sobie samym, choć jeszcze oddychałem. Stałem się własnym grabarzem, stawiając krzyże tam, gdzie mogły wyrosnąć drzewa.
I najgorsze w tym wszystkim nie jest to, że życie przepadło. Najgorsze jest to, że ja to widziałem. Wiedziałem. A mimo to pozwalałem, żeby kolejny dzień umierał mi w rękach cicho, bez świadków, jakbym miał do tego pełne prawo....
:(((