Cicho wszędzie, głucho wszędzie...
No cóż, może to już faktycznie koniec.
A ja ogarniam, ryczę se od kilku dni, a potem ocieram oczy, smarkam i lecę dalej. Dzień jak codzień.
I w ogóle już myślałam, że ogarnęłam niepełnosprawność młodej, że już przeszłam tą żałobę po zdrowym dziecku, ale okazuje się, że to wraca jak bumerang, że wciąż wracają pytania, dlaczego akurat jej musi być tak trudno? Najgorzej jest jak oprócz trudności, systemowych przeszkód i zwykłej niechęci ze strony osób, które teoretycznie powinny ją wspierać, spotykam jeszcze dzieciaki, które parę lat temu były na jej poziomie, a teraz są zdecydowanie dalej i radzą sobie lepiej. A ja muszę sobie powtarzać, że tak może być już zawsze i byc może z czasem będzie jeszcze gorzej. No i w ostatnim tygodniu się nazbierało.