Niedziela, młoda rzyga, w poniedziałek, wtorek spokój, w środę młody rzyga, T. rzyga, ja w miarę ok. W czwartek rano ok, wieczorem mloda płaczę, ze boli ją brzuch, w piątek mloda ok, młody budzi się z gorączką ponad 39 stopni. Dzwonię do przychodni, na cały jebany Wrocław nie mają ani jednego wolnego miejsca, polecają iść do przychodni i poprosić o formularz nagłego zachorowania czy jakoś tak. Idę, bez młodego, bo młody ma ponad 39 stopni gorączki, i płacze, bo tak go bolą nogi, a ja nawet nie wiem czy nas przyjmą, do przychodni mam 2 minut, w razie co, T. go ogarnie i wciągu 5 minut mogą być na miejscu. A w przychodni... podśmiechujki, że po pierwsze mam byc z dzieckiem, i dopiero wtedy mogę jakiekolwiek papiery wypełniać, poza tym 39 stopni to nic takiego, dopiero jak powiedziałam o tych objawach żołądkowych, no to może łaskawie przyjmą, ale mam się nastawić na parę godzin czekania w poczekalni z dzieciakiem z gorączką, bo ja sama tam czekać nie mogę i np. zadzwonić po T. jak już bedzie wiadomo czy nas przyjmą czy nie. Nóż kurwa jak u Kawki się poczułam, to jest kurwa państwo z dykty i gówna. Ale niech ujebią więcej z NFZ, a potem rzucą stare rowerki na aukcję WOŚPu i giciorek, wszystko luzik, a ty człowieku nie jesteś w stanie dopchać się do lekarza pierwszego kontaktu, no ale chuj z tym. Teraz jestem matka wariatka co się w przychodni wkurwiła i wyszła trzaskając drzwiami.