Miałam wczoraj przebłysk dobrego humoru, takie chwilowe, a ogarnę, no przecież, że ogarnę. I na koniec dnia, pierwszy raz od bardzo dawna chcialam pogadać o tym co dla mnie trudne i jak to się skończyło?
Paręnaście lat temu w moich rodzinnych stronach dość głośna byla historia dziewczynki, ktora zachorowała na raka, głównie dlatego, że to mala mieścina, a na leczenie dziewczynki zakładane były zbiórki, w czasach kiedy jeszcze nie bylo to tak popularne jak dziś.
Dziewczynkę wychowywała babcia, więc jakoś tak podwójnie smutna ta historia, chore dziecko bez rodziców. Ale do czego zmierzam, taka miejska legenda mowiła, ze zanim dziewczynka dostała diagnozę, to wielokrotnie mówiła babci, że bolą ją nogi, na co babcia niezmiennie odpowiadała: "a wiesz jak mnie bolą?".
I tak się wczoraj poczułam, wiec po raz kolejny, mam potwierdzenie, ze nie warto otwierać ust, nie ma to sensu.
Ten dzisiejszy, radosnych dzień rozpoczynam po 3 godzinach snu i tak sobie myślę, że chcialabym nie być, tak czysto egoistycznie, i dokladnie zdaję sobie z tego sprawę, ale powoli przestaję widzieć rozwiązania, które byłyby dobre, w których na coś bym się, żywa przydała. Tzn. zdaję sobie sprawę, że z racji tego, że mam dzieci, to dla kogoś sam fakt, że jestem jest ważny, ale w kwestii wkładu jaki wnoszę, to chyba coraz bardziej nie ma sensu, a sama nie wiem jak to zmienić.