Nie, no spoko, ja już się tym tak nie przejmuje. Jak to wszystko zaczynaliśmy, to czasami z terapii młodej wracałam i ryczałam w poduszkę. Młoda latała codziennie na zajęcia, czasami nawet na dwa dziennie, ja cos tam próbowałam z nią w domu robić, a wciąż słyszałam, że za mało, a my ledwo na zakrętach wyrabialismy, między jednymi ćwiczeniami, a drugimi, w domu czekał na mnie młody, którego też nikt pod uwagę nie brał, a rezultatów nie bylo, albo były mikre. A potem okazało się, że młoda miała złą diagnozę i bez aparatów słuchowych to bym mogła nawet stanąć na głowie i zaklaskać uszami, a efektów i tak by nie było.
I w sumie od tamtej pory mam wywalone na to co ktoś mówi o tym co ja robię, albo nie. Wiem, że robie tyle ile mogę. Ale wciąż wkurza mnie, że nikt nie bierze pod uwagę tego, że ten dziecior nie żyje tylko rehabilitacją, że ma prawo do dzieciństwa, takiego zwykłego, a rodzic jest mamą/tatą, a nie rehabilitantem i nie powinien nawet nim być.